Dopóki o tym sama nie wspomni, prawdopodobnie go nie zobaczysz.

W dolnej części lewego przedramienia, zaraz powyżej łokcia, kalifornijska aktorka i standuperka Whitney Cummings ma tatuaż wykonany białym atramentem. Zawiera on tylko trzy słowa: „I love you”.  Dla postronnego oka są prawie niewidoczne, ale dla niej oznaczają najważniejszą zmianę w życiu.

Wychowana w trudnym domu, gdzie nie brakowało alkoholu, za to poczucia bezradności i niskiej samooceny było pod dostatkiem, Cummings już jako osoba dorosła, za namową terapeutki, zdecydowała się na taki właśnie tatuaż. Był on częścią jej pracy z samą sobą, która polegała na tym, by mniej krytycznie podchodzić do siebie i ludzi, których spotykała na co dzień.

Whitney szepcze bezgłośne „I love you” wielokrotnie w ciągu dnia – czasem przed ważnym spotkaniem, innym razem gdy czeka w przedłużającej się kolejce, a obsługa sklepu pracuje na wolniejszych obrotach. Odmawia tę tatuażową modlitwę przed trudną rozmową w pracy lub domu. Niesłyszalne trzy słowa dają jej zastrzyk empatii do drugiego człowieka, uspokajają wewnętrznie i poszerzają granice akceptacji dla siebie i ludzi wokół. Jak twierdzi w wywiadach i podcastach – rozmowy przebiegają lepiej, kiedy z wyprzedzeniem i świadomie otwierasz się na drugiego człowieka. Mocne.

Mam podobne rozwiązanie mentalne dla siebie – składa się z czterech słów i stosuję je (ostatnio rzeczywiście szeptem) zaraz po tym, jak dostanę jakąś trudną informację. Jak dowiem się, że coś poszło nie po mojej myśli, że klient zmienił zdanie, że trzeba coś zrobić na cito albo po pełnej emocji rozmowie o tym, co dla mnie ważne.

Kiedy dociera do mnie trudna rzeczywistość, staram się znaleźć na chwilę ustronne miejsce, spojrzeć w dal i wypowiedzieć powoli pod nosem cztery proste słowa: „to nawet lepiej, bo…”. To moje zaklęcie, związane z głębokim przekonaniem, że wszystko w sprzedaży, biznesie i prywatnie BĘDZIE DOBRZE, bo każdą utraconą szansę zamienię na dwie nowe. Taki uczę się być.

Czy to łatwe, dla Whitney i dla mnie? Na początku nie było. Dla mnie do dzisiaj bywa trudne. Bo końcówka „bo…” każe umysłowi, odurzonemu nokautującym ciosem, szukać pozytywniejszych alternatyw, niż taplanie się w wymówkach syndromu ofiary.

Czemu o  tym piszę? Bo życzę Ci, by Whitney Cummings i jej „I love you” dały Ci siłę na wszystkie spotkania sprzedażowe i biznesowe, na początek do końca czerwca. Spróbuj tego rozwiązania, dotknij lewego przedramienia przed ważną rozmową i wyszepcz te słowa.

A ode mnie weź odtrutkę na okazjonalne porażki i rozczarowania. Niech fraza „to nawet lepiej, bo..” stanie się dla Ciebie dźwiękiem młota płatnerza, który właśnie wtedy wykuwa Twoją nową zbroję odporności psychicznej. Szczególnie teraz, gdy na bezprecedensową skalę, „każdy z nas toczy walkę, o której inni nie mają pojęcia”.

Dotykam swojego lewego przedramienia i przebiegam palcami po niewidocznych literach.  Myślę o Tobie. Jeśli mogę Ci jakoś pomóc, odezwij się, napisz. A jeśli sobie dobrze radzisz, jestem z Ciebie dumny! Ale powiedz o dzisiejszych siedmiu wyrazach komuś, kto może właśnie teraz ich bardzo potrzebuje, dobrze?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Show Buttons
Hide Buttons